Rayuela

czyli

Proroczy Synkretyzm w 24 mouvements

SŁOWO WSTĘPNE

Rayuela jest najbardziej niesamowitą książką jaką udało mi się dotychczas przeczytać. I tak jak dla Luisy tajemnica zaczynała się w momencie jej wyjaśniania, tak samo dla mnie tajemnica rozpoczęła się w momencie dotarcia do tradycyjnego końca, czyli rozdziału nr 56. Czytając tę książkę po raz pierwszy w roku 1985, w roku zamkniętych granic i powszechnego marazmu, nie do pomyślenia dla mnie było zwiedzanie Paryża inne, od śledzenia na rozpostartej na podłodze mapie, pieszych wędrówek bohaterów. Szczęśliwym trafem 10 lat później udało mi się znaleźć w owym kibucu pożądań. Przemierzając po Paryżu po kilkanaście kilometrów dziennie, wykazując brak zainteresowania tradycyjnymi miejscami odwiedzanymi przez japońskie wycieczki i amerykańskich turystów, ja, nawiedzony archeolog fabularnych fikcji, szukałem ulic, które omiatali swym wzrokiem, szukałem odgłosów ich kroków w gąszczu uliczek Quartier Latin. Nie było zadaniem łatwym oczyścić miasto z przelewającej się przez nie teraźniejszości lat dziewięćdziesiątych, strachu czającego się w wagonach metra, owczego pędu życiowej dewizy metro-boulo-dodo. I może raz na Pont des Arts postać białego rowerzysty, zapatrzonego w leniwy nurt Sekwany, i może drugi raz dziewczyna z kotem na ramieniu na Ile St Louis, odsłonili przede mną na chwilę atmosferę tamtych lat. Otrzymawszy w ten oto sposób klucz do bram Lutecji, utrwalałem amatorskim sprzętem fragmenty miasta, które na ułamek sekundy pozbawiałem teraźniejszości. Przesiąknięty do ostatniej nitki Cortazárem przystąpiłem następnie do ozdabiania nim, zdjętych w ten sposób obrazów. w trakcie podpisywania zdjęć, czytając po raz kolejny książkę, odkrywałem na nowo fragmenty, które wcześniej muskałem zaledwie wzrokiem. Nagle wyrastały przede mną milowe kamienie doniosłych refleksji, szumiały nade mną liście koła samsary, a z oddali dochodził do mnie plusk metafizycznej rzeki, w której Oliveira i Maga pływali machając od czasu do czasu ręką, do mnie, stojącego na jej brzegu. Tak oto litery zaczęły żyć własnym życiem, wykrzywiały się w onomatopeicznych pląsach, wiły się w zawiłych konstrukcjach gliglińskiej ortografii, a my złodzieje wieczności, astralne wieprze pozwalaliśmy jej bez przeszkód unosić się w jej nurtach.